Fazy neoliberalizmu na przykładzie Polski (odc. 1/2)

Ten post być może nie będzie niczym więcej jak jedną z setek czy ilu tam tysięcy prób wykorzystania neoliberalizmu jako worka treningowego dla wyładowania własnych ambicji piśmienniczych, ale mimo to spróbujemy, ponieważ w przeciwieństwie do większości polskich neolib-basherów, którzy na tarczy do rzutek mają przyklejony zawsze tylko jeden portret (wiadomo czyj!) my tutaj zawsze będziemy starać się sprawiedliwie utrwalić dokonania wszystkich, którzy poświęcali się przez ostatnie 25+ lat neoliberalnej Sprawie. Ale do meritum.

Obecna forma neoliberalizmu w Polsce ukształtowała się podczas trzech faz, które charakteryzowała dość istotna odmienność, zarówno jeśli chodzi o towarzyszącą memetykę jak i o praktyczne działania. Te fazy to:

  • Doktryna szoku (1990~1997)
  • Faza wewnętrznej konsolidacji (1997~2004)
  • Faza eksternalizacji dyscypliny rynkowej (2004-…?)

OK: podział na 3 fazy jest tak standardowy, że aż nudny do bólu; ponieważ jednak post odnosi się do historii, nie czas na rozpisywanie się o TEJ, nieobecnej jeszcze, czwartej fazie, która właściwie powinna być tą jedyną, którą należałoby się poważnie interesować; czy nr 4 okaże się być fazą „pełnej kontroli”, „skoku do przodu” (buu!), „kontynuacji przez degradację/dokopania puszki do końca” czy też raczej „pięknej katastrofy” neoliberalizmu (lub może czymś całkiem innym) – to zostawmy na potrzeby przyszłej kategorii „kącik futurologiczny”, która być może w swoim czasie pojawi się na blogu. Tak czy owak, historyczne wspominki z tej (i następnej) notki służyć będą jako, być może przydatne, tło dla kontynuacji katowania teolibu w przyszłych postach.

FAZA 1

Jeśli chodzi o Fazę 1 – na której koncentruje się zdecydowana większość neolib-basherów (w tym „skruszonych” neoliberałów oraz neoliberalnych denialistów), w zasadzie wszystko już zostało powiedziane. W skrócie: zainstalowanie przyczółka „gospodarki wolnorynkowej” (wsadzenie neoliberalnego buta w drzwi) udaje się najlepiej w warunkach chaosu, niezależnie czy objawił się on skutkiem jakiejś katastrofy naturalnej, w następstwie konfliktu wewnętrznego/zewnętrznego (sprowokowanego przez konkwistadorów teolibu czy też nie), szoków podażowych (jak np.  podczas stagflacji, czyli kryzysu rozwiniętych gospodarek pełnego zatrudnienia w l. 1970-tych)  czy też, tak jak w Polsce, na skutek głębokich (spontanicznych czy nie) zmian politycznych.

Podobnie jak chaotyczna jest z zasady natura podłoża społeczno-politycznego-zasobowego, która uchyla drzwi doktrynerom szoku, tak też i pierwsza faza działań teolibu może być wielką improwizacją (i taką też w naszym przypadku była, przynajmniej według wywiadów-zeznań skruszonych naocznych współuczestników polskiej doktryny szoku). W fazie tej chodzi raczej o ustanowienie baz wypadowych wszędzie tam, gdzie to w danych warunkach jest możliwe; w Fazie 1 najważniejsza jest szybkość działań – w tym głównie chodzić będzie o „grodzenie”, czyli wyrwanie jak największego obszaru z domeny publicznej, zanim populacja zorientuje się, o co chodzi. Stąd też pierwsza faza naturalnie nie trwa zbyt długo – tu celem zachowania ciągłości datowania wpisałem 1990~97, ale faktycznie kluczowe były lata 1990-92, gdyż później opór populacji stopniowo hamował zapędy szokowców tak, że w końcu, tak jak podczas inwazji militarnej, po chaosie pierwszego uderzenia przyszedł czas na zabezpieczenie flanek oraz budowę logistyki i organizacji dla dalszej, już uporządkowanej ekspansji, czyli naszą Fazę nr 2.

Można dodać, że w Fazie 1 podobnie jak i faktyczne działania tak i improwizowana była memetyka: to nie był jeszcze czas na wychowywanie proli kazaniami o braku pieniędzy, konieczności oszczędzania i zaciskania pasa; bardziej polegano na podsycaniu entuzjazmu generowanego przez zapełnione półki i innych memach obrazkowych – kapitalistycznych selfie, prezentujących, na tle siermięgi pozostałości ze schyłkowej fazy para-kolektywizmu, obrazki-wycinki (w prawdziwych kolorach, nie ORWO) nirwany do jakiej zaprowadzi nas (w ciągu góra 20 lat) powierzenie się Wielkiemu Leseferowi.

Ocena efektów Fazy 1: Największym chyba sukcesem (oczywiście mamy tu cały czas na myśli perspektywę agresora) było błyskawiczne tempo przemielenia proli  – dotychczas zatrudnionych na wieloletnich z reguły etatach i przez to rozkapryszonych – w podłoże dla NAIRU, którym stała się zbudowana w ciągu kilku lat praktycznie od zera milionowa armia bezrobotnych. Duże postępy zanotowano także na froncie demontażu prymitywnych barier i zasieków, którymi słabe gospodarki często próbują chronić swoją żałosną bazę wytwórczą przed sprawiedliwą ręką Wielkiego Lesefera (przybywającą pod postacią zaprawionych w hipnotyzowaniu konsumenta kapitalistów z krain bardziej zaawansowanych form wyzysku). Trochę gorzej szły grodzenia: kiedy entuzjazm dla leseferystycznych elektrowstrząsów opadł, w domenie publicznej nadal znajdowała się znaczna część potencjału wytwórczego oraz większość sektora usług społecznych. Z tym pozostałym „balastem” kolejne generacje leseferystycznych „reformatorów” zmuszone są zmagać się aż do czasów obecnych.

FAZA 2

Sygnał dla początku fazy 2 wyznaczył rytm zmiany rządów – po 4 letnim okresie (1993-97), podczas którego anty-neoliberalny potencjał oporu masy elektoratu miał okazję się nieco rozładować, przefermentowując (przez długotrwały kontakt z pozorowanym i mdłym anty-neoliberalizmem ala Kołodko) w nawóz przydatny do dalszej uprawy neolibo-monokultury – nadszedł czas, kiedy do regularnej pracy u podstaw, polegającej na zainicjowaniu wewnętrznej konsolidacji neoliberalnego porządku, mogli wreszcie przystąpić systemowi „reformatorzy”. Na tę konsolidację składały się dwa podstawowe elementy:

  • zabezpieczenie flanek i tyłów, czyli stworzenie skutecznych mechanizmów obrony zdobytych przyczółków przed ewentualnym kontratakiem anty-neoliberalnej partyzantki;
  • stworzenie systemowych logistycznych podstaw pod dalszą ekspansję przez grodzenia.

„Reformatorzy” praktycznie od razu zabrali się do dzieła, czego efektem była Konstytucja (zwłaszcza chodzi tu o rozdz. X – Finanse Państwa) oraz pakiet tzw. „reform” Buzka. Konstytucja posłużyła do zabezpieczenia zdobytych baz – poprzez ubezwłasnowolnienie (na tym etapie jeszcze tylko samo-ubezwłasnowolnienie, bowiem teoretycznie droga do przyszłych zmian przez demokratyczne organy pozostała otwarta) fiskalne aparatu państwa, co stanowić miało gwarancję stworzenia trwałego środowiska dyscypliny rynkowej (dominacji graczy rynkowych nad rządem) nawet w przypadku, kiedy rząd taki opanowany zostałby przypadkiem przez jakąś formację anty-neoliberalnych wichrzycieli. Instrumenty dyscyplinowania – w tym głównie wprowadzenie zasady budżetowania w finansach państwa, wyjęcie banku centralnego spod demokratycznej kontroli i oddanie go w ręce leseferystów-technokratów + zapisanie na kamiennych tablicach wyciągniętego z kieszeni Wielkiego Lesefera 60%-owego limitu tzw. długu publicznego – wykreowały dla aparatu państwa, z dnia na dzień, znaną nam obecnie rzeczywistość ciągłego „braku pieniędzy”, które uprzednio, przynajmniej teoretycznie, mogły być przez rząd kreowane ex nihilo bez większych ceregieli.

Z kolei „reformy” Buzka –  w tym głównie emerytalna i systemu opieki zdrowotnej – można zidentyfikować jako budowę infrastruktury niezbędnej do (i zarysowującej kształt) przyszłych grodzeń (w zmianach w schemacie administracji – nowe województwa/powiaty czy ogólnie tzw.decentralizacja – bez wątpienia można by również dopatrzeć się śladów wsparcia dla realizacji celów leseferyzmu – np. być może przesunięcie decyzyjności w zakresie alokacji zasobów i sposobach realizacji celów nominalnie klasyfikowanych jako publiczne na niższe szczeble administracji ułatwia w jakiś sposób grodzenie w postaci rozparcelowywania lokalnych fragmentów domeny publicznej – ale tego zagadnienia nie będę rozwijać, nie mając wielkiego pojęcia o zasadach działania samorządów przed i po szoku Buzka).

Należy pamiętać, że zarówno emerytury jak i systemy leczenia, pozostają (gdzieniegdzie jeszcze) jednym z ostatnich obszarów, gdzie kapitalizm fazy nad-akumulacji będzie uporczywie szukać możliwości ekspansji przez grodzenie. Warunkiem wstępnym, uchylającym furtkę dla tej ekspansji, musi być towaryzacja, czego podręcznikową ekspresją były właśnie „reformy” Buzka. Celem zainicjowania tej towaryzacji w ZUSie wprowadzono – w odniesieniu części potrąceń podatkowych z „ubruttowionych” wynagrodzeń, który to podatek nazwano składkami  – wirtualnego fantoma „składanego” kapitału.

Ta fikcja księgowa miała dwa cele. Pierwszym z nich było stworzenie (w miarę) wiarygodnego uzasadnienia dla cięć świadczeń socjalnych w przyszłości („ile uzbierasz tyle dostaniesz”,  ale o tym, że faktycznie nikt niczego nie zbiera, bo kolekcjonowanie przez emitenta finansowych IOU swoich własnych „listów zastawnych” jest totalną abstrakcją, kolejną sztuczką finansową neolibu, mającą na celu zahipnotyzowanie elektoratu konceptem pieniądza-cząsteczki – o tym od „reformatorów” jednak się nie dowiesz; fakt, że system, aby w ogóle zadziałać w długim terminie, musi, przynajmniej z perspektywy realnych zasobów, funkcjonować w oparciu o mechanizm repartycji – czyli transfer realnej siły nabywczej (a nie elektronów z jednego dysku twardego na drugi), jest przez teolib konsekwentnie maskowany jak największą masą BS talk, w wykonaniu ekspertów-specjalistów od gonienia i tuczenia fantomowego leseferystycznego królika wirtualnych kapitałów).

Drugim celem było otworzenie drogi dla ogradzania sfery ubezpieczeń społecznych tak, aby mogła w przyszłości stać się domeną ekstrakcji renty przez Posiadaczy; pierwszy element tej struktury – częściowo przymusowe OFE, został zainstalowany bez zbędnych ceregieli od razu (z umiarkowanym sukcesem, o czym więcej w podsumowaniu). Faktem pozostaje, że droga ekspansji dla czarodziejów finansów czyli różnego rodzaju pasożytniczych funduszy, nadal pozostaje otwarta; niestety, wobec braku realistycznych możliwości oskubania proli, którym Wielki Lesefer wyznaczył zarobki na poziomie oscylującym wokół subsitence [przetrwania biologicznego+rachunki], ta droga ekstrakcji wartości dodatkowej z proli okazała się być w praktyce ślepą uliczką.

Podobnie ma się sprawa z zasobem pieniądza uzbieranego na NFZ – głównym celem tej sztuczki było z kolei takie skrojenie dostępnego zakresu świadczeń zdrowotnych, które jest kompatybilne z (niewyartykułowaną może wprost, ale wiszącą w tle) zasadą Konsensusu W.: jedynym ekonomicznym sensem zachowania otwartego dostępu do publicznej służby zdrowia jest utrzymanie proli w kondycji zdolności do roboty – tworzenia PKB; wszystko ponad to jest objawem kolektywizmu, zbędnej fanaberii, podkopującej zdrowie dyscypliny wolnorynkowej; za całą resztę swoich zdrowotnych kaprysów prole powinni płacić bezpośrednio z własnej kieszeni lub najlepiej wykupując prywatne ubezpieczenia.

Podsumowując Fazę 2: Za jej największy sukces można uznać wdrukowanie w świadomość praktycznie całej populacji mema „cząsteczkowości” pieniądza; od czasu „reform” konsensus wizji państwa, które „nie ma własnych pieniędzy” i musi o nie prosić Wielkiego Lesefera, składając na ołtarzu ofiarę, polegającą na zaciśnięciu pasa prola, stał się powszechną perspektywą, poprzez którą elektorat filtruje programy wyborcze. Prol stał się gotowy bronić „niezależności” NBP jak – zgodnie z legendą – chłop pańszczyźniany Częstochowy, a obietnica równoważenia budżetu stała się obowiązkowym punktem każdego „programu” wyborczego. Czyli można postawić tezę, że usystemowieniu działań ofensywnych towarzyszyła równie usystematyzowana „naukowa” memetyka, w tym zwłaszcza ulubiona przez prymitywistów leseferystycznych manipulacja projekcją państwa jako gigantycznego gospodarstwa domowego, które musi zarabiać pieniądze.

Za porażkę – w pewnym stopniu – można uznać to, że system darmowych obiadów – karmy dla finansowych pijawek, które przystawiono prolom celem odsysania 7% pensji, musiał być – po ~15 latach – zakończony – niestety także sektor finansowy musi, od czasu do czasu, zderzyć się ze świadomością, że nie można jednocześnie mieć ciastka (60% kagańca na dostarczanie aktywów finansowych przez państwo) i to ciastko regularnie podgryzać (zbierać składki na OFE).

„Reforma” opieki zdrowotnej z kolei to miks sukcesów i porażek. Niewątpliwie za osiągnięcie można uznać utrzymanie wydatków na ochronę zdrowia na „konkurencyjnym” poziomie (6,4% – w Europie więcej tylko od Albanii, Łotwy – 5,9, Białorusi – 5,7, Rumunii – 5,6,; gorzej od m.in. Litwy – 6,6, Rosji, Ukrainy – 7,1, Węgier, Czech – 7,4, czy Słowacji – 8,1; za ). Nie do końca udało się natomiast przekształcenie systemu opieki zdrowotnej we w pełni funkcjonalną maszynkę do ekstrakcji wartości dodanej z wyeksploatowanych proli – ciągle większość strumienia finansów płynie w ramach systemu publicznego, który nadal z reguły nie odrzuca przypadków „nieekonomicznych”. (W Fazie 3 – gdy ułatwiony stał się „eksport” kadry – zainicjowało się „naturalnie” zjawisko ograniczania dostępności do opieki, przez topnienie realnych – ludzkich – zasobów, które są fizycznie możliwe do zaangażowania przez krajowy system publiczny – w czym niewątpliwie istotną rolę odegrało wcześniejsze limitowanie wynagrodzeń kadry, wynikające z ograniczeń zebranej w ramach NFZ puli zasobu pieniądza. Ten eksport w przyszłości zapewni dalsze oszczędności, pozwalające na przekierowanie tak uwolnionego strumienia pieniędzy z budżetu w kierunku obszarów bardziej przyjaznych Wielkiemu Leseferowi; czyli można powiedzieć, że na tym odcinku Faza 2 zrealizuje się z opóźnieniem i niejako pośrednio. Ale o dynamice Fazy 3 już w następnym odcinku.)

(CDN)

Advertisements

5 thoughts on “Fazy neoliberalizmu na przykładzie Polski (odc. 1/2)

  1. s

    Ja w sumie nie tyle z komentarzem (podobnie dzielę historie polskiego kapitalizmu, z tym że neolib zaczął kiełkować jeszcze przed ‚transformacją’, a terapia szokowa pohamowała trochę gdy społeczeństwo pokazało jej faka – tzn po fali strajków w 1992 i 93.. mniejsza o to), ale gratulacjami i dopingiem. A może doping niepotrzebny? (ruchu w komentarzach nie widać…, ale są jakieś statystyki odwiedzin – no właśnie, tak z ciekawości profesjonalnej, ile ludu czyta Twoje blogi?)

    W każdym razie ja czytam i się świetnie bawię. No i uczę – nie mam czasu na czytanie tych różnych post-keynesowskich / kalecjańskich książek. A więc ogarnąłem trochę koncepcji z heterodoksyjnej ekonomii dzięki blogom. No i fajne są komentarze mniej lub bardziej bieżących spraw, z innej perspektywy niż ta podana w mainstreamowych wymiocinach. Tego mi chyba najbardziej brakuje w polskich internetach – rzetelnego i systematycznego głosu krytyki ekonomicznej. Jest tak kiepsko, że oglądam nawet zgrzebny videoblog Grażki Ancyparowicz (lepszy był sprzed dobrej zmiany… zresztą to chyba jest najbardziej wpływowa dzisiaj – w sensie że trafia jakby to powiedzieć ‚pod strzechy’ – krytyczka neolibu; ogólnie to podejrzewam, że ona jest ukrytą opcją mmterską, przyleciała z Neptuna i wykorzystuje media katolicyzmu fundamentalistycznego dla (post)keynesowskiej ewangelizacji). Dlatego gratki – trzeba cenić ekonomistki wyklęte.

    Trzecie wcielenie bloga najprzyjemniejsze. W sumie niezła literatura.

    A na koniec – ten rzekomy atak hakerski chłopców od misesa to na serio czy tylko dobry żart?

    Lubię to

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Thnx! Ludzi czyta to (na razie) mało – ale tak jak gdzieś wyartykułowałem tu na PE (czy może tylko obiecałem sobie) – who cares?! Jak mawia A.Watts – najgorszy typ to taki, który za wszelką cenę chce zmieniać świat na lepsze, hahaha. Mądrzejszy o tę naukę samo-bojkotuję poprzednio stosowane metody samo-promocji na forach, FB czy whatever. Jedni zbierają znaczki, inni hodują pszczoły, a ja wrzucam jakieś kombinacje liter, które wyświetlają się w postaci pikseli na blogu. Let go and enjoy 🙂
      PS> Mizesolodzy jeszcze nie złamali mojego kodu, lol.

      Lubię to

      Odpowiedz
  2. Pingback: Fazy neoliberalizmu na przykładzie Polski (2/2) | pracownia ekonopatologii

    1. s.halaer Autor wpisu

      Pewno tak było – trzeba by może uzupełnić kiedyś wywód o Fazę 0 – np. „Przygotowanie gruntu pod DS” Gdzieś kiedyś już czytałem podobną historię, być może nie tak zafiksowaną na węglu (i odbudowie „potęgi” Polski, w czym specjalizuje się racjonalista). Z innej beczki – takie narracje potwierdzałyby przy okazji na to, że naturą „komuny” było coś w rodzaju kapitalizmu centralnie (para-kolektywistycznie, czyli nie-prywatnie) sterowanego. Ten wątek mnie interesuje, być może kiedyś coś zrzucę.

      Lubię to

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s