Złotowiekowcy, czyli romantyczna przejażdżka do lat 1950-tych

W poprzednich wpisach – w ramach próby budowy własnej memetyki/taksonomii ekono-politycznej – padła kategoria złotowiekowcy. Na wstępie zaznaczam dla jasności:  ze złotowiekowcem  wybrałbym się chętnie na piwo (szczególnie jeśli to ona by stawiała), natomiast zdecydowanie na piwo nie pójdę z mizesologiem (a już szczególnie, kiedy mizesolog będzie stawiał – pijąc takie piwo mógłbym się nieopatrznie wplątać w jakiś kontrakt). Ale o co w ogóle chodzi z tą etykietką złotowiekowcy?

Otóż jak głosi legenda, kiedyś, dawno temu kapitalizm zamiast zwyczajowego  upierścienionego palucha, wskazującego roszczeniowemu prolowi bramę i 100 innych czekających za nią proli, ukazał ponoć uśmiechniętą ludzką twarz czy przynajmniej wyciągnął pojednawczo dłoń w geście: może zróbmy razem dobrą robotę. Takie cuda miały ponoć miejsce w latach 1950-60-tych i tak narodziła się właśnie ta legenda – legenda Złotego Wieku Kapitalizmu. Opowieść ta jest bardzo popularna w środowiskach, które określają się jako „prawdziwa” socjaldemokracja; ale zachowując proporcje (podobnie jak w sprawie z  „prawdziwymi” liberałami, o czym pisałem w odc. n/t mizesologów) w momencie, kiedy jakiś kult ekono-polityczny zaczyna używać wobec samych siebie jakiegokolwiek określenia poprzedzanego przymiotnikiem „prawdziwi”, moim zdaniem jest to pora bądź na opracowanie własnego brandu lub też na otwarcie się na wszelkie sugestie, zmierzające do nadania nowej (i pozbawionej negatywnych konotacji) etykiety (pozytywny przykład – postkeynesiści – wcale albo z rzadka aspirują do etykiety „prawdziwi keynesiści”).

Nie będę rozpisywać się o programach, postulatach (z reguły słusznych, pluszowych i gotowych do przytulenia) i całej pozostałej memetyce złotowiekowców – kto chce znajdzie (lub najprawdopodobniej już znalazł) złotowiekowców na necie. Chciałem skupić się tu tylko na właśnie tym charakterystycznym memie, tej legendzie, poprzez którą złotowiekowcy, odmawiając aktualizacji starych map, dryfują na płycizny.

Sprawa polega na tym, że podczas Złotego Wieku kapitalizm miał otwarte pole do ekspansji przez inwestycje (czyli nie musiał grodzić), ponieważ w wielu istotnych obszarach zaspokajania realnych potrzeb populacji ciągle występował stan niedoborów i deficytu potencjału wytwórczego (w przeciwieństwie do obecnego stanu potężnej nadwyżki zdolności produkcyjnych, która występuje POMIMO rozdęcia aspiracji konsumpcyjnych często ponad wszelkie granice zdrowego rozsądku). W tamtych starych czasach pojawiła się/upowszechniła cała masa innowacji, mających praktyczne zastosowanie w życiu prola – np.  AGD, samochody osobowe czy domki z trawnikiem. Kapitaliści oczywiście dostrzegli tu potencjał dla intensyfikacji ekstrakcji wartości dodatkowej (wspierany faktem silnego popytu generowanego wskutek m.in. polityki pełnego zatrudnienia), ale chcąc inkasować zyski ze sprzedaży usprawniających życie gadżetów nie mieli innego wyjścia jak inwestować w realne moce wytwórcze. W ten sposób całość nakręcała się w pozytywnym sprzężeniu zwrotnym inwestycje->produkcja->zatrudnienie->popyt –  przy czym należy pamiętać, że w owych czasach do produkcji potrzeba było multum fachowych ludzkich rąk, bo wszystkie roboty zajęte były graniem w filmach s-f.

Aspekt zbiegu w danym, konkretnym czasie sensowności inwestycji z sensownym popytem i incydentalnej współbieżności interesów zarówno kapitalistów jak i proli, który w danych warunkach spowodował nadzwyczajne wydłużenie fazy hedge Minsky’ego, to tylko jedna strona tych szczególnych czasów. Inne czynniki to cała gama niezrealizowanej jeszcze „dywidendy” środowiskowej – w tym zwłaszcza tania energia, podstawowe jak i egzotyczne surowce, ledwo co ukryte pod cienką warstwą zieleni czy piasku w swoim oczekiwaniu na odkrycie przez pionierów-geologów, czysta woda, udająca, że jest i zawsze będzie wszędzie i w dowolnych ilościach, atmosfera gotowa przyjąć każdą toksynę i dowolne ilości CO2 itd.; oprócz tego wystąpiły impulsy, płynące z boomu demograficznego czy z trudnej do zakwestionowania przez „cząsteczkowców pieniężnych” konieczności rekonstrukcji powojennej (swoją drogą ciekawe, co histerycy długu publicznego czy mizesolodzy zrobiliby z wyzwaniem, jakie przedstawiało po wojnie gruzowisko zwane Warszawą? Prawdopodobnie rozłożyliby ręce, zalecając pozbieranie pieniędzy za pomocą mega-austerity na cele odbudowy przez utrzymywanie nadwyżek budżetowych przez najbliższe 10 lat). Wszystko to rozgrywało się, co istotne (i o czym więcej za chwilę), przy akompaniamencie podatków o stromej progresji oraz bardzo niewielkich deficytach budżetowych. (Pominę już kwestię krążącego po świecie namacalnego widma sukcesu para-kolektywistycznego państwa, którego reprezentant pokazał imperialistom kasmicznego faka z orbity, to już inna opowieść).

Nie trzeba wiele wysiłku umysłowego, aby dojść do wniosku, że kopiując wprost receptę Złotego Wieku, okazałoby się, że chcąc zagrać znowu w tę grę, ze starego pudełka, które przeleżało pół wieku w piwnicy, zamiast nieco przykurzonego sympatycznego pluszowo-kapitalistycznego misia wyciągnęliśmy laleczkę Chuckie, która prawdopodobnie – w świecie, w którym prole są całkowicie uzależnione od dostępu do pracy najemnej organizowanej  (teraz już globalnie) przez kapitalistów, dokonałaby totalnej demolki (ku niewątpliwej satysfakcji leseferystów). Ale może można jednak tę starą zabawkę naprawić: tu przyszyć uszko (wsłuchane w potrzeby proli), tam doszyć zieloną eko-łatkę i będzie ten miś jak nowy? Zastanówmy się chwilę, co się nada.

Może dajmy jakoś silny impuls popytowy, który odpali stary keynesowski silnik V8 i ludzie ruszą na zakupy? Ok, wtedy firmy przekręcą wajhę z pozycji ½  na ¾ „naprzód” w istniejących zakładach, albo gdy impuls będzie dostatecznie duży, kupią nowe roboty i inżynierka od IT będzie jakiś czas robić na 2 zmiany  (zgarniając grubą kasę), parę CEO z tych funduszy, które obstawiły boom na surowcach, zarobi rekordowe premie, a za parę lat z odwrotnego względem paszczy otworu wymiany cywilizacja<->natura popłynie nawóz dla rozwoju firm recyklingowych. O ile w ogóle prole będą chcieć odświeżyć swój park auto-agd. Brzmi słabo, to może lepiej sprzedawajmy prolom solary, elektrowoltaikę czy tesle?

To by pasowało: technologia jest, czyli przy dużym popycie kapitalista będzie łaskaw zainwestować. Prol jednak umie liczyć (o ile w ogóle może liczyć jeszcze coś innego niż to, czy uzbiera na najbliższą mini-ratkę za apartemą czy za studia) ponieważ jeśli chodzi o długi w lesefyzmie wszyscy, oprócz Posiadaczy, żyją według maksymy Lanisterów, prol taki nie będzie palił się do zostania prosumentem czy do innych zielonych zakupów na kolejny kredyt; a zwłaszcza zakupów, dla których okres faktycznego zwrotu kapitału w przestrzeni leseferystycznego eteru przekracza 10 lat. Bez dotacji (albo fiskalnej broni masowego rażenia [FWMD] wymierzonej przeciw przeżeraniu Planety, gdzie większość pierwszej fali uderzeniowej musieliby przyjąć tak czy owak prole na własną klatę) to nie wystartuje.

Pierwsza metoda – marchew: ale wiemy, że akcja na dużą skalę=duże dotacje => „skąd pieniądze” i  co na to „podatnik”? Druga – kij: zastosowanie podejścia FWMD – czyli podnieść, ale to podnieść znacznie, podatki od spalania węglowodorów, skracając tym samym okres zwrotu zielonych gadżetów, licząc, że resztę załatwi rynek; ok, ale produkcję paneli i tesli też potrzeba napędzić czymś, co jest już pod ręką, no i co na ten kij prole, które już teraz w zimie przykręcają na maksa termostaty, a robotę mają dzięki mobilności, którą zapewnia im 15-letni tdi? Czy złotowiekowcy są w stanie ich porwać ideą 100% podwyżki dizla? A jak solary i e-auta będą robić roboty w kooperacji z randroidami z IT, to co zrobić z prolami, żeby z nudów nie zaczęły przypadkiem myśleć o kolektywizmie? (Wskazówka na marginesie – szczególnie dla mizesologów: neoluddyzm to rozwiązanie korzystne jedynie dla  folwarków prowadzonych przez technofobicznych januszy-wyzyskiwaczy, czyli w narracji mizesologicznej „prawdziwych” kapitalistów, o czym złotowiekowcy akurat chyba wiedzą.)

Co by złotowiekowcy nie ściągnęli ze Złotego Wieku mamy z jednej strony albo/i intensyfikację eksploatacji Planety a z drugiej albo/i brak pieniędzy/wzrost długu publicznego. Tajemnica niskich powojennych deficytów tkwiła w samo-nakręcającej się ekspansji kapitalizmu przez inwestycje, napędzane uzasadnionym racjonalnie rynkowym popytem, wspieranym z kolei przez nadal względnie wysoką pracochłonność produkcji i jej uzależnienie od wykwalifikowanych proli. Na to nałożyła się po-wielko kryzysowa i post-wojenna przedłużona faza hedge, gwarantująca  rozwagę i powstrzymanie się od spekulacji aktywami w kombinacji z niskim zadłużeniem prywatnym i gdzieniegdzie (np. USA) wysokim poziomem finansowych aktywów sektora prywatnego, napompowanym wojennymi długami rządowymi. Ewentualne efekty stromej skali progresji (nawet 90% PIT w USA)  były sprawą absolutnie wtórną, czy marginalną, jeśli chodzi o wynik fiskalny, a i kapitaliści, na całym tym tle otwierających się, wydawałoby się nieograniczonych perspektyw zysków, nie mieli czasu jęczeć nad fiskalną opresją państwa, mając pełne ręce roboty. Gdzie indziej (np. Europa) ekspansji przez inwestycje towarzyszył również po prostu fizyczny (i oczywisty dla każdego, w przeciwieństwie od np. globalnego ocieplenia, którego „nie widać”) przymus skoordynowanej akcji rządowej na rzecz odtworzenia zdewastowanej konfliktem infrastruktury jak i odbudowy substancji mieszkaniowej dla rozmnażających się na potęgę proli, co stanowiło o odporności działań państwa, nawet tych noszących znamiona kolektywizmu, na leseferystyczny kontratak memem braku pieniędzy. (W takim tyglu wszystko wydawało się możliwe, np. w warunkach rekordowego „zadłużenia” publicznego narodziło się np. brytyjskie NHS; to obrazuje skalę odwrotu leseferystów wymuszoną przez szczególne warunki; niestety, mizesologiczne jaja złożone w tym właśnie okresie, nie zostały zniszczone.) Ogólnie można zaryzykować tezę, że mieliśmy w tym danym czasie do czynienia z osiągnięciem maksimum przez krzywą nakłady/efekty tego konkretnego modelu gospodarowania zasobami jakim jest kapitalizm.

Co mamy dziś dostępnego z menu złotych lat?

  • Niskie zadłużenie prywatne? x
  • Gruntowne oczyszczenie po fazie Ponziego? x
  • Niedobór mocy produkcyjnych w obszarach, gdzie istnieje uzasadniony popyt ze strony proli? x (złożoną kwestię dostępności energii względem popytu/potrzeb życiowych proli zostawmy ewentualnie na przyszłe wpisy)
  • Wyraźny cel, uzasadniony oczywistymi dla wszystkich okolicznościami, charakteryzujący się przynajmniej jakimś łącznym pod-zbiorem pomiędzy inaczej rozbiegającymi się zbiorami generowanymi sumą indywidualnych interesów kapitalistów i proli, który byłby w stanie zainicjować optymizm, zmierzający do spontanicznego zainicjowania ekspansji przez inwestycje? x
  • Wolność ustawodawców w zakresie ustanawiania barier w handlu, kontroli przepływów kapitału, towarów i usług celem planowego motywowania czegoś tam? x
  • Istnieją czynniki (lub mogą realnie zaistnieć), sprawiające, że kapitaliści-producenci zignorują bodźce płynące z międzynarodowej konkurencji fiskalnej (lub takowa przestanie istnieć w wyniku globalnego konsensusu państw)? x
  • W gospodarce sfera finansowa pełni rolę służebną względem produkcji? x
  • Funkcjonowanie firm kapitalistycznych wydaje się być uzależnione od SZEROKIEGO dostępu do lokalnej wykwalifikowanej siły roboczej? x
  • Wydawać się może powszechnie, że Planeta jest gotowa do bezwarunkowej kooperacji? x
  • Współczynnik ufności w moce sprawcze kolektywizmu/planowania >0,3*? x

(10 punktów może wystarczy jako rozsądny kompromis pomiędzy tokiem wpisu a czynnikiem lenistwa)

Teoretycznie przynajmniej część (na pewno nie całość) punktów tej listy niekompatybilności legendy ze współczesną rzeczywistością można by zneutralizować poprzez zniszczenie totemu „zdrowych” finansów państwa (w zasadzie można to zrobić śmiechem, ale może bardziej przekonujące byłoby użycie starej lesefero-memo-burzącej bomby funkcjonalnych finansów Lernera – notabene wynalazku również z lat około-złotowiekowych), co otworzyłoby szansę na wytrącenie z rąk awangardy najemników leseferyzmu ich ulubionego oręża – skutecznego zwłaszcza do zwalczania m.in. „socjalu” – czyli terroryzowania proli histerią długu publicznego. Ale złotowiekowcy najwyraźniej unikają (być może z jakiś racjonalnych przyczyn, trudno powiedzieć, w razie czego będę wdzięczny za wyjaśnienia) opcji wojny totalnej z Posiadaczami, preferując taktykę małych potyczek podjazdowych (tu wyżebrajmy podwyżkę płacy minimalnej o 1%, tam ucywilizujmy warunki zatrudnienia, gdzie indziej zapewnijmy bezpieczeństwo socjalne przez rozpowszechnienie obowiązku opłacenia z góry składek na emeryturę itp.). Czyli, krótko mówiąc, złotowiekowcy, czy to z powodów ich przekonań, czy z uwagi na niechęć do/obawy przed poważnym konfliktem z Posiadaczami, (czy z innych nieznanych przyczyn) uważają za stosowne głoszenie ewangelii zdrowych finansów wyjętych wprost z czarnej biblii Wielkiego Lesefera. Jedyna modyfikacja leseferystycznego Słowa, którą mają do zaproponowania złotowiekowcy, to osiągnięcie nirwany przez takie napchanie budżetu podatkami ściągniętymi od „oswojonych” (argumentami fajności pluszowego kapitalizmu?) kapitalistów, że część tej budżetowej manny spłynie, za pośrednictwem pomysłów złotowiekowców, na proli i pozwoli być może stworzyć oazy kolektywizmu, poza zasięgiem karzącej ręki Wielkiego Lesefera. (No cóż, szczypty ironii może dodawać  to, że dla wielu złotowiekowców wzorcem nieracjonalnego myślenia są legendy, zawierające m.in. historie o bogaczu i uchu igielnym).

No dobra, a coś w ramach krytyki konstruktywnej? Co Pracownia proponuje w miejsce pluszowej maskotki złotowiekowców? Jak to co? Nacjonalizacja wszystkiego, a Posiadacze do reedukacyjnych obozów pracy! Hehe… czil aut wolnorynkowcy, jaja sobie robię (częściowo, lol). Pracownia tak naprawdę nie wie; najprawdopodobniej każda inna strategia pogodzenia gospodarki motywowanej zyskiem z demokracją reprezentatywną i termodynamiką będzie równie nierealistyczna. O krążących tu i ówdzie alternatywach może kiedy indziej.

PS. Oprócz opowieści o złotych latach postępowcy uwielbiają sagi o zwycięstwie socjalizmu w Skandynawii; ponieważ obie te legendy skupiają wokół siebie mniej więcej ten sam zbiór ludzki, pozwolę sobie, na potrzeby przyszłych wpisów, zjednoczyć zwolenników obu tych memetyk pod wspólną etykietą złotowiekowców. A kilka (tępych) szpilek w balon-fantom socjalizmu w Skandynawii postaram się wbić przy następnej okazji.

________________

* oczywiście jest to współczynnik zmyślony, ale jakby był prawdziwy, to dziś pewno oscylowałby w okolicach 0,1. Zgaduję, że po wysiłku Wojennym, który sam w sobie był bezsprzecznie ekspresją działania kolektywnego i planowego, a przy tym kraj, mający kolektywizm na swoich banerach i sporządzający plany 5-letnie, wykazał najwyższą zdolność do mobilizacji zasobów do celów militarnych, wiara w siłę kooperacji (vs. imperatyw zagrabiania do siebie) była na znacznie wyższym poziomie niż obecnie, kiedy w pamięci nadal świeżo rezonuje widmo porażek, jakie stały się ćwierć wieku temu udziałem gospodarek centralnie planowanych (porażek przynajmniej na polu globalnej konkurencji i PKB). Ponadto w tych odległych już czasach jeszcze nadal obserwowalnym i nie kwestionowanym zjawiskiem był fenomen, polegający na tym, że „dług” publiczny „zaciągnięty” w czasie Wojny, mimo rekordowych poziomów, nie odebrał kurom zdolności do znoszenia jajek; kury wówczas nie wydawały się wcale być przejęte tym, że dług publiczny „obciąży przyszłe pokolenia” (kurczaków?); nie należy jednak wykluczać, że w ciągu 60 lat mogły zajść nieodwracalne zmiany genetyczne/memetyczne, których efektem może być załamanie niośności jaj przy określonym poziomie długu publicznego.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s