Deficyty budżetowe czyli viagra dla kapitalizmu

O deficytach budżetowych [DB] pisałem do znudzenia na starych blogach – z perspektywy MMT. Pozycja MMT w tej kwestii to w skrócie: wielkość deficytu wyrażona w krajowej suwerennej walucie jest wartością endogeniczną dla gospodarki kapitalistycznej; problem współczesnych gospodarek tkwi w tym, że monetaryści, którzy zmonopolizowali rządy na całym świecie, kroją całą politykę gospodarczą pod jakieś magiczne, z góry założone wartości tych deficytów (np. 3%). Efekty tego są takie, jak gdyby krawiec – zamiast wydłużyć czy skrócić spodnie, ciął (lub rzadziej – rozciągał) nogi klienta.

Oczywiście – w szczególnym kontekście utrzymania gospodarki monetarnej motywowanej zyskiem MMT ma całkowitą rację. W przeciwieństwie do „matematyki histerycznej”, uprawianej (i to publicznie – m.in. na dedykowanych temu ekshibicjonizmowi ignorancji wyświetlaczach, zwanych licznikami długu) przez prymitywistów leseferystycznych, MMT aplikuje matematykę zwykłą, która mówi nam, że jeżeli stopy% (ustalane decyzją polityczną, czy biurokratyczną jak w przypadku RPP) są niższe niż ΔPKB, zagregowane deficyty (czyli ten niewyobrażalnie potworny dług publiczny, obciążający wnuki) ustabilizują się w pewnym momencie na pewnym poziomie w relacji do PKB, przy czym wielkość tego poziomu (jeśli pozwolić mu ustalić się endogenicznie) nie będzie w normalnych warunkach wykazywać żadnej korelacji ze zdolnościami produkcyjnymi gospodarki (w reżimie leseferystycznym „rynkowych” stóp może – i ma – nastręczać problemy z redystrybucją produktu krajowego).

Zielone światło dla endogenicznego ustalania się DB oznacza w skrócie to, że deficyt będzie wartością równą potrzebom oszczędzania (odkładania aktywów finansowych) przez sektor prywatny tak, że nie nastąpi szkodliwe dla kapitalizmu zjawisko niewykupienia całej produkcji. Ale trudno jednocześnie nie zauważyć, że rosnące – dość wyraźnie począwszy od lat 1930-tych -potrzeby gospodarki kapitalistycznej w zakresie wysokości rocznych deficytów, mogą wskazywać na pewne inherentne problemy takiego modelu gospodarowania zasobami.

Ustalmy bezdyskusyjne fakty:

  • Deficyty budżetowe będą przekładać się (w proporcji circa 1/1) na zyski firm (zagregowane makro)
  • Deficyty budżetu „finansują” oszczędności netto sektora prywatnego (są ich księgowym odpowiednikiem, tak jak pasywa finansują aktywa)

Można zgadywać, że elektorat, rozdarty pomiędzy codziennymi doświadczeniami brutalnego wyzysku a światem para-newtonowskich „praw” ekonomii opracowanych ad hoc przez leseferystów dla realizacji ich szczególnej wizji organizacji społeczeństwa, na wieść o tym, że DB finansuje zyski, domagałby się jeszcze bardziej żarliwie wprowadzenia zakazu DB w ogóle. Tymczasem sam fakt, że DB trafia w końcu do kieszeni kapitalistów nie jest jeszcze niczym złym, przynajmniej jeśli decydujemy się nadal na podtrzymywanie kapitalistycznej organizacji gospodarki. DB, jeśli nie trafiają bezpośrednio na konta Posiadaczy (oczywiście używam tu metafory – niemożliwa jest detekcja, gdzie idzie DB, bo jest to tylko abstrakcyjny wynik fiskalny, będący różnicą wpływów i wypływów; faktycznie mierzalnym czynnikiem byłby może mnożnik fiskalny: ile PKB generowane jest przez 1 zł wydatków budż.), krążąc, wytwarzać mogą „po drodze” strumień dochodów (w tym zarobków proli) i stymulować zatrudnienie.

Większy problem wydaje się leżeć w pkt. 2 – czyli dokładnie jakie (bądź czyje) oszczędności finansuje nam DB [guwno cie to obchodzi czyje, neotrockisto – to ostatnie ostrzerzenie, albo shakujemy wkrutce cały ten stalinowski blog, niech żyje wolność, hahaha – ANOMIZESOLOGUS POLSKA]. Ale zanim do tego przejdziemy, ustalmy jeszcze jedną rzecz: w większości krajów za sumę aktywów zgromadzonych na kontach sektora prywatnego odpowiadają przede wszystkim kredyty – w krajach rozwiniętych suma prywatnego zadłużenia (brutto) przekracza na ogół znacznie dług publiczny, i w niektórych wypadkach wynosi 200-300% PKB; wolumen korespondujących aktywów wygenerowanych przez te kredyty  w oczywisty sposób musi – zgodnie z zasadą Wn/Ma – wylądować na kontach innych podmiotów prywatnych w postaci oszczędności/nadwyżek; ten wolumen, razem z aktywami, będącymi odpowiednikiem pasywów zakumulowanych DB (długu publicznego) (+ew. aktywa fin. z nadwyżek eksportowych) będzie stanowić aktywa finansowe brutto sektora prywatnego, ok?

Chodzi tu, inaczej mówiąc, o to, że zgromadzone aktywa finansowe reprezentują dość znaczne wartości – np. dajmy na to 200% zadłużenia prywatnego + 60% publicznego (pomijając saldo wymiany z zagranicą) daje już aktywa=260% PKB na czyichś tam kontach.  Klu tego leży w informacji, że np. 75% Amerykanów ma oszczędności, które nie pozwoliłyby im nawet opłacić rachunków przez 6 m-cy, a 20 mln Polaków nie ma żadnych oszczędności w ogóle (tu można sobie wyszukać). (Paradoksalnie, koncentracja oszczędności nie budzi już takich emocji proli jak zyski, ponieważ, jak można zgadywać, prole przekonane są, że oszczędności stanowią akumulację kapitału konieczną do inwestycji, które utworzą dla nich nowe miejsca pracy.)

Czyli nie można wykluczyć takiego wariantu, że nawet pozwalając ustalić się deficytom budżetowym na takim endogenicznym poziomie, który pozwoli na zbliżone do pełnego wykorzystanie zdolności produkcyjnych (i być może takież zatrudnienie), w warunkach współczesnej kapitalistycznej organizacji produkcji „sfinansowalibyśmy” jednocześnie rosnące oszczędności nadal tej samej grupy, stanowiącej powiedzmy 20-30% całego społeczeństwa, podczas gdy reszta nadal pozbawiona byłaby jakiejkolwiek opcji „przeczekania”, tzn. ekonomicznie zmuszona byłaby przyjąć zawsze i każdą ofertę zatrudnienia. Oznaczałoby to, że nawet pomimo rezygnacji z filozofii „cięcia klienta pod rozmiar neoliberalnego fiskalnego kaftana bezpieczeństwa”, cała mechanika leseferystycznego przymusu ekonomicznego, obejmującego ~60% proli, pozostałaby i tak na miejscu. Owszem – np. MMT zaleca (być może m.in. z tych właśnie przyczyn, przynajmniej w wydaniu co wrażliwszych MMT-erów) gwarancję zatrudnienia, co jednak samo w sobie, przyznajmy szczerze, nie stanowi jeszcze z zasady żadnej gwarancji wyzwolenia proli z przymusu praktycznie nieustannego aktywnego uczestnictwa w reżimie pracy najemnej (i to w wymiarze godzinowym circa takim samym jak 100 lat temu) i pozostawia bez odpowiedzi pytanie o celowość systemu, gdzie nadwyżki aktywów finansowych 20% (w wersji optymistycznej) populacji nieustannie rosną, a pozostała część takich nadwyżek albo nie ma w ogóle, albo posiada je w symbolicznej wysokości. Ale kontynuacja deliberacji  o różnych, dostępnych jak i abstrakcyjnych wariantach podejść do DB już może innym razem.

PS. Odnotujmy jeszcze, że klimat dla nawet takich połowicznych rozwiązań, jak awaryjne klejenie modelu motywowanego zyskiem (w schyłkowym?) stadium nad-akumulacji kapitału i nad-eksploatacji Planety (i proli) szarą taśmą deficytów budżetowych – przedstawia nikłe szanse powodzenia: bardzo duża część populacji podziela w pełni zdanie mizesologów, że to zakaz deficytów powinien być właśnie sposobem na renesans kapitalizmu (który to postulat, jeśli wzięty na poważnie, doprowadziłby bardzo szybko do całkowitego upadku systemu gospodarczego opartego na wyzysku; skutków tego dla proli – i czy byłyby w jakimś stopniu dla nich pozytywne – trudno przewidzieć, biorąc pod uwagę prawdopodobną chaotyczność takiego procesu jak i zerową świadomość proli w zakresie mechaniki takiego upadku i ich całkowite mentalne uzależnienie od dostępu do pracy najemnej).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s